środa, 28 października 2009

Wczoraj miałam długo zapowiadane spotkanie z 'bosem' i Esther, która jest kierownikiem naukowym. Dotyczyło mojej przyszłości w A Rocha, czyli tego czym będę się zajmować przez najbliższy rok. Przez minione dwa tygodnie zapoznawałam się ze wszystkim czym się tu zajmują i miałam dokonać wyboru. Ale wybór jest bardzo trudny... Wiem, że będę kontynuować monitoring ciem, ale dobrze by było gdybym miała swój własny projekt, którym zajęłabym się od początku do końca. Tylko, że mam kompletną pustkę w głowie... nie mam pojęcia od czego zacząć i w czym wybierać. Znów czuję się tak samo głupia jak na początku... Mam wybrać kilka tematów, z których wyłuskamy wspólnie jakiś jeden projekt dla mnie.
Więc wzięłam się za przeglądanie wszystkich projektów, które do tej pory tu zrealizowano, żeby mieć jakiś ogólny zarys czym mogę się zająć, co jest już zrobione a gdzie jest biała plama. Mam kilka k0ncepcji ale nie wiem na ile sa one realistyczne przy moich możliwościach. Nie chcę porywać się z motyką na słońce...
Więc wczoraj poszłam spać z kompletnym mętlikiem w głowie. Może dlatego zaspałam dziś całe pół godziny :)
I chodziłam jak struta nie mogąc znaleźć sobie miejsca.
W końcu wykluło się coś w mojej głowie i już teraz, w wieczornych godzinach mam bardziej sprecyzowane plany. Chyba fajnie byłoby się zająć biomonitoringiem mięczaków w estuarium. Jeśli Ester się zgodzi to już postanowione. Wiele pracy bedzie mnie czekało, bo będę musiała się sama nauczyć je identyfikować. Ale jeśli uda mi się znaleźć dobrą literature to sobie poradzę :)
Niech trzyma za mnie kciuki kto może!!!

poniedziałek, 26 października 2009

folkowy weekend w Lizbonie

tak, to był weekend na wysokich obrotach :)
Zaczął się- jak to z przyzwoitymi weekendami bywa- już w piątek po południu. Zaraz po lunchu spakowaliśmy z Bertem nasze tobołki i ruszyliśmy do Portimao, skąd mieliśmy transport do Lizbony. Wybieralismy się głównie na warsztaty folkowe, o których powiedziała nam Sara- jedna z wielu osób pojawiających się czasem w Cruzinhi.
Sara i jej koleżanka też jechały na te warsztaty. Nocleg mieliśmy załatwiony u wolontariuszek EVS, które Bert poznał na szkoleniu.
Po przyjeździe do mieszkania rodziców Sary oczywiście zostaliśmy zaproszeni na kolację bez możliwości odmowy. Właściwie bardzo uciszyliśmy się z tego faktu bo naszym ostatnim posiłkiem był lunch a czekał nas dłuuugi wieczór.
Na miejsce gdzie odbywały sie warsztaty dotarliśmy z godzinnym opóźnieniem, czyli według portugalskich miar czasu o całkiem przyzwotej porze.
No i sie zaczęło... to było cos niesamowitego. Nigdy wcześniej nie miałam okazji tańczyć ludowych tańców, a dołączyłam gdy usłyszałam od Berta słowo 'folk'. Warto było!!! Nawet samo patrzenie na tańczące pary i słuchanie naprawdę dobrych koncertów było warte przebytej drogi i wydanych pieniędzy! a juz nie mówię o tańczeniu, a właściwie uczeniu się tańca. Wieczór upłynął nadspodziewanie szybko.
W sobotę mieliśmy zaplanowany bardzo napięty harmonogram. Po południu warsztaty, potem kolacja u innych znajomych Betra z EVS i powrót na wieczorny 'bal'. Mimo usilnych starań nie zdołaliśmy jednak dotrzeć na kolację, ponieważ uciekł nam pociąg, obok którego... staliśmy dobre 10 minut. Tak, to musiało byc przeznaczenie :) Trochę źli na siebie z pustymi brzuchami i lżejszymi portfelami (bo już zdążyliśmy kupic bilet na pociąg, którym nie pojechalismy) zakupiliśmy w jakimś pobliskim sklepie coś na ząb. W przypływie entuzjazmu postanowilismy spożyć nasz ubogi posiłek na... rondzie, a właściwie trawniku pośrodku sporego ronda. Po krótkim czasie zaczęliśmy wzbudzać zainteresowanie i sympatię przejeżdżających, co i rusz ludzie machali nam :) No tak, takie rzeczy chyba nawet w Lizbonie nieczęsto się zdarzają...
Po spożyciu ruszyliśmy z powrotem na folk-evening. Zaskoczylo mnie, ze jednym z głównych tańców, których nas uczono był mazurek :) Pojawiła się też polka. Inne tańce były głównie z Bretonii i Szkocji.
To był dłuuuuugi wieczór.... Trwał do samego rana, a nawet godzine dłużej bo akurat tej nocy przesunięto czas. Pod koniec imprezy tańczyła już właściwie tylko Sara, inni dogorywali gdzieś pod ścianami. Niesamowite ile ta kobietka ma energii!!! Niczym chodząca elektrownia :)
Po dotarciu do mieszkania dosłownie padliśmy na łóżka.
Trzeci dzień warsztatów był dla nas bardzo krótki, bo musieliśmy wyjść wcześniej na pociąg, który o mało nam nie uciekł. Nie zdążylismy nawet kupić biletów (to był pociąg z obowiązkową rezerwacją miejsc). Wpadliśmy na peron i z minami porzuconych szczeniąt zapytaliśmy konduktora czy da radę u niego kupić bilet. Z początku chyba nie bardzo miał ochotę, ale zczaił, że jesteśmy cudzoziemcami zagubionymi na portugalskiej ziemi i zlitował sie nad nami. Nawet nie musieliśmy płacić za bilet drożej... A w Cruzinhi czekała kolacja i łóżko...

środa, 21 października 2009

winter has arrived :)

'Zima nadeszła" tak Bebe (dobry duszek A Rocha) skwitowała kilka dni temu ledwo zauważalny spadek temperatury. Co jak co... ma się ten niezawodny instynkt. Wczoraj rzeczywiście się dosyć oziębiło i zaczął padać deszcz. Prawie nie moge uwierzyć że raptem 3 dni temu smażyłam się na plaży... Ale lato ma ponoć jeszcze wrócić na krótko. Co prawda nie ma tego złego... dzięki nawet niewielkiej ilości deszczu krajobraz zaczyna się zielenić. Na drzewach są jeszcze resztki owoców z poprzedniego sezonu (migdały, pomarańcze, cytryny i inne egzotyczne owoce) a już pojawiają się liście i kwiaty zapowiadające następny zbiór. Niesamowity widok dla zmarzluchów z północy :) Dzień po deszczu wszystko zaczyna się zmieniać: gdzie były zbrązowiałe łodygi, pojawiają się kwiaty, jakby ktoś pomalował krajobraz. Plusem deszczu jest też to, że przejeżdżające samochody nie wzniecają chmur kurzu, które unosiły się niczym mgła w powietrzu.
Coraz bardziej wchodzę w sprawy, którymi zajmuje się moja organizacja. Na początku byłam kompletnie zielona i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem nie na miejscu, że każdy ma swoją działkę a ja zbyt mało wiem i przy nich jestem głupiutka. Ale ostatnio doszłam do wniosku że chyba całkim niezle sobie radzę. Dobrze dogaduję się też z moim współwolontariuszem, który niestety już za miesiąc wyjeżdża. Potem nastąpi ciężki czas dla mnie...
Wczoraj zaczęłam kurs portugalskiego. Organizuje go za darmo miejscowa szkoła. Trudno w to uwierzyć ale jest tu tak duzo cudzoziemcow, ze miejscowy samorzad zdecydowal sie finansowac tego typu kursy, zeby zintegrowac ich z tubylcami. Te lekcje to bedzie dla mnie niezly ubaw! Nauczycielka nie mowi prawie wogole po angielsku a grupa jest... hmmmm... no cóż... powiedzmy na dość zróżnicowanym poziomie :) Więc to będzie dla mnie intensywny kurs: 2 razy w tygodniu po 1,5 godziny. Następna lekcja jutro... :) a później miłe zakończenie dnia z 'jam session'... No i weekend tez zapowiada się ciekawie: jedziemy na folkowe warsztaty do Lizbony. A więc adeus!

piątek, 16 października 2009

in the middle of nowhere

Jednak jest zaleta słonej wody w kranie... Co tydzień ktoś z naszego centrum jedzie po wodę w pobliskie góry (najwyższy szczyt ma 901m, ale mimo wszystko to pasmo ma duży wpływ na lokalny klimat Ria de Alvor). Bert postanowił usmażyć dwie pieczenie na jednym ogniu i zorientować sie w lokalnej populacji ciem :) pojechaliśmy więc wieczór, żeby zastawić pułapkę i rano je oznaczyć. Temperatura jak na góry była całkiem letnia, wokoło nietoperze i modliszki: całkiem przytulna dzicz :) i nasza trójka sącząca piwko pod rozgwieżonym niebem...

piątek, 9 października 2009

miłe powitanie

Podróż liniami lotniczymi Ryanair z przesiadką w Londynie przebiegła nadspodziewanie dobrze. Żadnego odwoływania lotów, spóźnień ani nawet uszkodzenia bagażu... Jedyne co zepsuło mi trochę humor to moja wina... czyli niespakowanie kilku istotnych rzeczy w tym bikini...(oczywiście spakowałam tysiące innych niepotrzebnych rzeczy...) no i oczywiście musiałam zostawić na pokładzie pierwszego samolotu okulary przeciwsłoneczne... Tak więc czekają mnie małe zakupki, na które mam nadzieję wybrać się jutro
Z lotniska odebrał mnie Bert, wolontariusz EVS z Belgii, który zostanie z nami do końca listopada. Kompletnie zwariowany chłopak :) Jak narazie dobrze się dogadujemy i nic nie zapowiada żeby się to miało zmienić...
Pierwszy wieczór był niesamowity-jak to często bywa z pierwszymi wieczorami. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce i wysiadłam z samochodu pierwszy raz poczułam ten niesamowity zapach... Tak świeży jak dzień po stworzeniu świata... Rano okazało się, że to tutejsze sosny. Pachną zupełnie inaczej i dużo bardziej intensywnie niż nasze rodzime. Wyglądają też trochę inaczej. Jednak klimat robi swoje...
Pod domem zostałam bardzo serdecznie przywitana przez gospodarzy, którzy są równocześnie 'szefami' naszej organizacji. Po szybkim prysznicu miała miejsce moja pierwsza portugalska kolacja... Już na miejscu okazało się, że atmosfera w naszym domu-centrum jest bardzo międzynarodowa. Ciągle jest tu kilka osób, które przyjeżdżają na kilka lub kilkanaście dni jako wolontariusze lub turyści. Akurat teraz jest towarzystwo brytyjsko-francuskie.
Po kolacji czekała mnie niespodzianka. Akurat w ten wieczór Bert dostał zaproszenie na 'jam session' w pobliskim Lagos. Jako że zostałam tam zaproszona z kolei przez niego niezwłocznie pojechaliśmy na imprezkę :) Przyznam, że czegoś takiego nie spodziewałam sie, szczególnie w pierwszy wieczór. Miejsce okazało się zupełnie alternatywne, w rodzaju squatu, urządzone na kompletnym odludziu i co ciekawsze dziwnym trafem było tam mnóstwo obcokrajowców, również biorących udział w 'jam session'. Zabawa była przednia, choć nie braliśmy w niej zbyt długo udziału, jako że oboje byliśmy z lekka padnięci.
Rano po śniadaniu miałam okazję poobserwować obrączkowanie ptaków (co również będzie niedługo moim zajęciem) jak również porozglądać się po okolicy. Plaża w zasięgu ręki-czego więcej trzeba do szczęścia? :)
U ujścia dwóch rzek do oceanu utworzyło się estuarium, gdzie mamy bardzo dużo gatunków ptaków, ot taki mały ich raj. Aktualnie przebywa tam między innymi sympatyczne stadko flamingów.

czwartek, 8 października 2009

minuty do wylotu...

Mam wielkie zamieszanie w głowie i ciągły uścisk w gardle ale ponieważ zostało mi parę minut do wyjazdu na lotnisko skrobnę coś coby zabić myśli...
Nie spodziewałam się że tak ciężko będzie mi się rozstać. Jednak świadomość odległości robi swoje...
Do walizki chciałabym (i mogłabym) wrzucić jeszcze parę rzeczy, ale po zważeniu i złapaniu się za głowę okazało się że nie mogę jeśli chcę zaoszczędzić kilkadziesiąt euro za nadbagaż...
A więc do napisania z Portugalii... :)
Będzie dobrze! ;)

Evora

Evora